Ghana to kraj kontrastów, barw i chrześcijańskiej ortodoksji

Ghana to kraj, który składa się z dwóch światów: bogatych miast, ośrodków potężnych biznesów, kultury, sztuki i całej reszty: wiosek i wioseczek, gdzie oficjalna, minimalna wysokość zarobku to około $1.30 na dzień, a przeciętny mieszkaniec zarabia $100 miesięcznie, a nierzadko znacznie mniej. Tymczasem usługi na europejskim poziomie są nieraz kilkukrotnie droższe niż u nas. Kraj, w którym koło oszklonego wieżowca banku, młoda dziewczyna płacze z rozpaczy, bo wylała wodę do sprzedaży wartą kilka złotych na ulicę, a tymczasem polityk zapowiada budowę podwieszanych kolei mag-lev. Kraj, gdzie w stolicy wciąż jest wiele dzielnic bez kanalizacji a rząd inwestuje w nową katedrę 300-400 milionów dolarów (22 mln za sam projekt), bo przecież muzułmanie postawili jakiś czas temu swój drugi największy meczet w zachodniej Afryce, tyle, że – za bagatelka – 10 milionów dolarów. Kraj w którym zdelegalizowano homoseksualizm i robiono naloty na domy, a tymczasem biskup Duncan Williams – jeden z najbogatszych ludzi w Afryce – przyłapany na cudzołóstwie stwierdza na antenie, że to nie on zdradził żonę, tylko diabeł, który w niego wstąpił. I wszystko jest ok.

Jednak nie wpadajmy w zbytnią krytykę. Ludzie są wspaniali. Szczególnie na wioskach. Jeśli uważasz, że polskie przysłowie „gość w dom – bóg w dom” ma moc, to nie znasz ghańskiego. Nie zdziw się, jeśli z muzułmaninem wypijesz piwko lub gdy go zobaczysz w kościele a chrześcijanina w meczecie.