Handel uliczny. Albo raczej… nauliczny

Na każdym skrzyżowaniu, niezliczeni uliczni sprzedawcy, oferują swoje towary: wodę, wypieki, szczoteczki do zębów, drobną elektronikę, owoce, kosmetyki, meble, przekąski, mapy, lustra, zabawki, książki, płyty i najważniejsze – papier, bynajmniej do drukarki. Stojąc w korkach to szalona oszczędność czasu. Sprzedawcy Ci nie stoją jednak na chodniku lub skraju ulicy, tak jak najczęściej na całym świecie – z jakimś małym straganikiem, czy krzesełkiem. To byłoby szalone marnotrawstwo okazji do sprzedania swoich towarów. O nie! Ci sprzedawcy lawirują między samochodami korzystając ze zmian świateł sygnalizacji drogowej i nie rzadko wręcz pukając do szyb samochodów próbując zainteresować kierowcę trutką na psy, koty, szczury i jaszczury albo zainteresować dzieci siedzące z tyłu jakąś zabawką.

Czytając opis asortymentu pewnie przez ułamek chwili zastanowiliście się – jak to meble? lustra? Ano tak. Raz na jakiś czas zdarzy się wytrzymały fizycznie i uparty sprzedawca, który będzie przemykał między samochodami oferując wielkie lustro, którego za diabła nikt nie zmieści do samochodu, chyba, że podróżuje SUVem. Meble typu stoliki, stołki i półeczki również do rzadkości nie należą.

Ale w 90%, szczególnie stojąc w korkach, można oszczędzić masę czasu. Zamiast zmarnować kilkadziesiąt minut na zjechanie z obwodnicy (w korkach) na parking przy sklepie (gdzie wolnego miejsca nie znajdzie się od razu), można, być może płacąc te kilka groszy więcej, zakupić najpotrzebniejsze rzeczy nie wychodząc z samochodu. I mimo tego, że czasem zdarzają się i nachalni sprzedawcy, taka forma handlu jest absolutnie rewelacyjna!

Moim ulubionym „towarem” są lokalne łakocie: chipsy plantain (z lokalnych bananów do smażenia), chipsy ze słodkich ziemniaków, atchomnom (czyt. aciomo, straszliwie uzależniające malutkie, kwadratowe ciasteczka-kosteczki, a w wersji plemienia Ewe twarde mini-ciasteczka w formie półksiężyców odkrawanych z ciasta kapslem) albo burkina – słodki jogurt z prosem (sam nie wiem, czy to rzeczywiście jest proso, jakie my znamy, ale po angielsku mówi się „millet”). Burkina jest niestety znana z przypadków wystąpienia w niej bakterii e-coli lub aflatoksyn, dlatego lepiej kupować taką „z firmy” – czyli produkowanej przez jakieś przedsiębiorstwo – z naklejką. Ale przez dekadę nie przytrafił mi się ani jeden taki przypadek, ani też nie słyszałem aby ktokolwiek znajomy czy znajomy znajomego się zatruł.

Do tego jeszcze muszę wspomnieć o mrożonym jogurcie FanYogo – na upale po prostu nie ma nic lepszego.

Jeśli jesteś spragniona, dookoła samochodów krąży mnóstwo sprzedawczyń wody pitnej w plastikowych woreczkach. Tak jak nasze PRLowkie lemoniady, jednak bez rureczki. Wystarczy krzyknąć „pia-łota-ra” (pure water-ra) czyli „sprzedawco czystej wody!” i już biegnie do nas młoda dziewczyna z wielką misą na głowie pełną wody i często też innych drinków pluskających się w kostkach lodu.

Nic nie umila półgodzinnej podróży do centrum miasta łasuchowi niż coś egzotycznego i pysznego na ząb.